motyw winy i kary w mistrzu i małgorzacie POMOCY!

Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu
  • 2.8pkt
    Pomocy ! motyw winy i kary

    problem winy i kary w "mistrzu i małgorzacie"M.Bułhakowa na przykładzie Friedy i Piłata (w oparciu o fragmenty i znajomość powieści)

    Spojrzenie Małgorzaty wyłowiło wśród wchodzących na górę tę, którą wskazywał jej Korowiow. Była to młoda, dwudziestoletnia kobieta, niezwykle pięknie zbudowana, ale oczy miała natarczywe i niespokojne.
    - Co to za chusteczka? - zapytała Małgorzata

    Przydzielono do niej pokojówkę - wyjaśniał Korowiow - i ta pokojówka od trzydziestu lat kładzie jej w nocy na stoliku koło łóżka chustkę do nosa. Kiedy się obudzi, chustka już tam leży. Paliła ją już w piecu, topiła w rzece, ale to nic nie pomogło.
    - Co to za chusteczka? - szeptała Małgorzata podnosząc i opuszczając rękę.
    - Z granatową obwódką. Rzecz w tym, że kiedy pracowała w kawiarni, właściciel pewnego razu zawołał ją do piwnicy, a w dziewięć miesięcy później urodziła chłopczyka, wyniosła go do lasu i wcisnęła mu do ust chusteczkę, a potem zakopała. Przed sądem mówiła, że nie miałaby mu co dać jeść.
    - A gdzież ów właściciel kawiarni? - zapytała Małgorzata.
    - Królowo - zaskrzypiał nagle z dołu kocur - pozwól, że cię zapytam, co tu ma do rzeczy właściciel kawiarni? Przecież to nie on dusił w lesie to niemowlę!
    Natarczywe, posępne oczy znalazły się przed Małgorzatą.
    - Jestem szczęśliwa, królowo i pani, że zostałam zaproszona na wielki bal pełni księżyca!
    - A ja cieszę się, że panią widzę - odpowiedziała jej Małgorzata. - Bardzo się cieszę. Czy lubi pani szampana?
    - Co pani robi, królowo? - rozpaczliwie, lecz bezgłośnie krzyknął do ucha Małgorzaty Korowiow. - Zrobi się zator.
    - Lubię - błagalnie powiedziała kobieta i nagle zaczęła bezmyślnie powtarzać: - Frieda, Frieda, Frieda! O, królowo, ja jestem Frieda!
    - Niech się więc pani dzisiaj upije, Friedo, i niech pani o niczym nie myśli - powiedziała Małgorzata.

    Woland osadził swego dzianeta na kamienistym, posępnym, płaskim szczycie i odtąd jeźdźcy pojechali stępa, nasłuchując, jak podkowy ich rumaków biją o żwir i kamienie. Zielonkawa, jasna poświata księżycowa zalewała szczyt i wkrótce Małgorzata dostrzegła stojący na tym pustkowiu tron, a na tronie białą postać siedzącego człowieka. Siedzący był może głuchy, a może nazbyt pogrążony w myślach. Nie czuł, że kamienista ziemia dygoce pod ciężarem wierzchowców, i jeźdźcy zbliżyli się doń nie zauważeni.
    Księżyc bardzo dopomógł Małgorzacie, świecił jaśniej niż najjaśniejsza latarnia elektryczna, dostrzegła więc, że siedzący, którego oczy wydawały się być ślepe, nerwowo zaciera ręce i te nie widzące swoje oczy kieruje ku okręgowi księżyca. Widziała już teraz, że obok ciężkiego marmurowego tronu, na którym błyszczały w księżycowej poświacie jakieś iskry, leży olbrzymi czarny pies o spiczastych uszach i podobnie jak jego pan niespokojnie wpatruje się w księżyc. U stóp siedzącego poniewierają się skorupy rozbitego dzbana i rozpościera się czarnoczerwona niewysychająca kałuża. Jeźdźcy wstrzymali konie.
    – Powieść twoja została przeczytana – zaczął mówić Woland zwracając się do mistrza – i powiedziano tylko jedno – że nie jest ona, niestety, zakończona. Chciałem ci zatem pokazać twego bohatera. Prawie od dwóch tysięcy lat siedzi on na tym szczycie i śpi, ale kiedy nadchodzi pełnia księżyca, dręczy go, jak widzisz, bezsenność. Cierpi na nią nie tylko on, ale również i jego wierny stróż, pies. Jeżeli prawdą jest, że tchórzostwo to najstraszliwsza z ułomności, to temu psu zarzucić go raczej niepodobna. Jedyną rzeczą, której bało się to nieustraszone zwierzę, była burza. No cóż, ten, który kocha, powinien dzielić los tego, kogo kocha.
    – Co on mówi? – zapytała Małgorzata i jej nieruchoma, spokojną twarz osnuła mgiełka współczucia.
    – On mówi – odpowiedział jej Woland – ciągle to samo. Powtarza, że nawet przy księżycu nie może zaznać spokoju i że przyszło mu zagrać niedobrą rolę. Mówi tak zawsze, ilekroć nie śpi, a kiedy śpi, śni mu się ciągle to samo – pasmo księżycowego światła, którym chciałby iść i rozmawiać z więźniem Ha–Nocri, ponieważ, jak utrzymuje, nie zdążył czegoś dopowiedzieć wówczas, dawno temu, czternastego dnia wiosennego miesiąca nisan. Ale, niestety, nie udaje mu się wejść na tę drogę, nikt też nie przychodzi do niego. Więc, cóż robić, musi rozmawiać sam ze sobą. A zresztą, człowiek musi mieć przecież jakieś urozmaicenie, więc swój monolog o księżycu często uzupełnia stwierdzeniem, że nade wszystko w świecie nienawidzi własnej nieśmiertelności i swej niebywałej sławy. Utrzymuje, że chętnie by się zamienił z obdartym włóczęgą Mateuszem Lewitą.
    – Dwanaście tysięcy księżyców za jedną księżycową noc sprzed lat, czy to aby nie za dużo? – zapytała Małgorzata.
    – Powtarza się historia z Friedą? – zapytał Woland. – Ale o to, Małgorzato, nie musisz się martwić. Wszystko będzie, jak być powinno, tak już jest urządzony świat.
    – Uwolnijcie go! – krzyknęła nagle przeraźliwie Małgorzata.




    napisalabym sama, ale ta powiesc to zupełnie 'nie moja bajka' ,wiec jej nie przeczytalam
    bede wdzieczna chociazby za wskazowki!

    ODWDZIECZE SIE NAPEWNO, DYSPONUJE CAŁKIEM POKAŹNĄ LICZBĄ PRAC, WIEC W RAZIE POTRZEBY PISZCIE !


    LovMyBones




    .oOo.oOo.